czwartek, 21 listopada 2013

Rozdział 1

 Ze snu wybudził mnie dzwonek budzika, znajdującego się na komodzie, która stała obok łóżka. Wydałam z siebie cichy pomruk niezadowolenia i przewróciłam się na drugi bok, nakrywając się aż po czubek włosów kołdrą z wizerunkiem Kubusia Puchatka, żeby zagłuszyć nieco dźwięk urządzenia. Usłyszałam przytłumiony głos, wołający chyba moje imię, ale byłam zbyt leniwa, by wyjść z mojego gniazdka i to sprawdzić. Dosłownie chwilę później rozległo się skrzypienie drzwi.
- Carly?
Kurwa.
- Carly, spóźnisz się do szkoły!
Nie odezwałam się. Wolałam udawać, że śpię. Hej, w końcu to poniedziałek, prawda? A każdy, kto mnie zna wie, że ich nienawidzę i oddałabym wszystko za dzień nic nierobienia. W poniedziałek, rzecz jasna.
- Carly Anne Quinn, jeżeli zaraz nie wstaniesz z tego łóżka, będę skłonna posunąć się do mniej przyjemnych metod.
 Poirytowana usiadłam na łóżku i spojrzałam na wysoką, szczupłą kobietę, brunetkę, stojącą na przeciwko mnie. Patrzyła na mnie ze srogim wyrazem twarzy.
 Tak. Oto moja mama.
- Mamo! - jęknęłam, przeciągając się tym czasem i relaksując się tym, jak moje kończyny się rozluźniają - Daj spokój, jest poniedziałek. Pan Johnson nie obrazi się, jak opuszczę jedną lekcję chemii.
- Carly! - zgromiła mnie wzrokiem - Czyś ty oszalała? Nie chcę, żeby powtórzyła się sytuacja z przed roku. Nie, nie będziesz chodziła od nauczyciela do nauczyciela i prosiła ich o poprawę ocen tylko dlatego, że wagarowałaś. I to jeszcze miesiąc przed zakończeniem roku. Nie zgadzam się.
 Spojrzałam na nią z pod byka, ale poddałam się wiedząc, że ma rację. Rok temu, może niecałe 3 miesiące temu, nie szczyciłam się zbyt dobrymi ocenami właśnie z powodu opuszczania zajęć. Nie, to nie tak, że uciekałam z lekcji, żeby ze szkolną grupką łobuzów robić takie rzeczy, jak palenie czy picie alkoholu. Powód był inny. Od 6 miesięcy spotykam się z chłopakiem o imieniu Andy. Andy Lucker, chłopak, w którym kocham się od dwóch lat, najpopularniejszy i najprzystojniejszy chłopak w szkole. Po prostu marzenie każdej dziewczyny, w tym i moje, dlatego trudno mi uwierzyć, że teraz jest tylko i wyłącznie mój. A ja jestem jego.
 Często wymykałam się ze szkoły i opuszczałam zajęcia, żeby się z nim potajemnie spotkać. Początkowo mama nie wiedziała, że opuszczam zajęcia, ale nie potrzebowała długiego czasu, żeby siędowiedzieć. A kiedy już się dowiedziała i, również dlaczego opuszczałam zajęcia, jej reakcja była wręcz przeciwna do tej, której się spodziewałam. Polubiła Andy'ego, nie, ona go uwielbia, a mi dała trochę luzu, choć nadal ma na mnie oko.
- Halo, mówiłam do Ciebie! - mama pstryknęła mi przed palcami, pochylona tuż nad moją twarzą, przerwyając tym samym moje wewnętrzne rozmyślanie - Słuchałaś mnie w ogóle?
 Potrząsnęłam głową na znak, że słuchałam i wyszłam z pod ciepłej kołdry, aby uniknąć zbędnej dyskusji o relacjach rodzicielskich z dziećmi i o tym, jak powinnam się, według niej, zachowywać.
 Po owym wygrzebaniu się z pościeli, podeszłam do komody, wyciągnęłam bieliznę, jakieś sprane już, jasne jeansy i koszulkę z logiem Iron Maiden, która przy okazji jest moją ulubioną, ze względu na wizerunek zespołu, który po prostu uwielbiam.
- Śniadanie czeka na dole - zwróciła się jeszcze do mnie mama, wychodząc z pokoju. Nareszcie.
 Rozejrzałam się jeszcze po pokoju, czując, że o czymś zapomniałam, a raczej czegoś. Bałagan panował tu po prostu niesamowity zważając na to, że sprzątałam tu wczoraj wieczroem. Tak, zdecydowanie nie należę do tych schludnych osób, które sprzątają nawet najmniejszy okruszek. Byłam zwolenniczką zasady ''Bałagan w pokoju, kreatywny umysł''.
 Zajrzałam pod łóżko, mając nadzieję, że tam znajdę to, czego szukam, lecz na marne. Cholera, jestem pewna, że o czymś zapomniałam. To coś na pewno jest małe i zawsze mam je przy sobie..
 Wiem!
 Nagle mnie olśniło! Podeszłam do szafy i spojrzałam na stojące obok biurko, zawalone wszelkimi książkami, podręcznikami, papierkami po cukierkach i opakowaniach od jogurtów, aż wreszcie, pomiędzy stertą śmieci, dostrzegłam małą, ozdobną szkatułkę. Jedyn ruchem ręki strąciłam wszystko na podłogę i sięgnęłam po srebrne pudełeczko, by po chwili wyciągnąć z niego bransoletkę. Nie ''bransoletkę'' jako bransoletkę, ale bransoletkę jako mój talizman. Talizman na szczęście.  Oprócz zwykłego łańcuszka, miała ona przyczepiąną do niego małą, odwzorowaną zawieszkę w kształcie delfinka. Była to moja ulubiona biżuteria, chociażby dlatego, że nie noszę innej biżuterii, jednak ten dodatek był wyjątkiem. Dostałam go od brata, Kellina. Nie widziałam go dość długo, bo aż rok. Musiał wyjechać do Londynu, żeby zarobić. Podobno nawet nieźle mu się żyje, świetna praca, dom, podobno znalazł sobię dziewczynę. Katelynne? Chyba tak ma na imię, nie wiem, rozmawiałam z nim ostatnio miesiąc temu przez telefon, jednak dość krótko.
 Pamiętam tylko to, że w dzieciństwie zawsze nazywał mnie delfinkiem, choć zupełnie nei wiem dlaczego. Byłam jego delfinkiem.
 Spostrzegłam się, że jest już godzina 7:20 i zaraz powinnam wychodzić do szkoły, do której mam na prawdę daleko. Niestety los chciał, a może mama, abyśmy mieszkali właśnie na obrzeżach Leeds.
 Pokonałam drogę, w najszybszy dla mnie sposób, przeskakując przy okazji kilka porozrzuconych ubrań i parę jaskrawo zółtych trampmek. Wybiegłam z pokoju, i wyszłam z łazienki równie szybko jak do niej weszłam, ubrana, nie mając czasu na poranny przysznic. Ruszyłam korytarzem w stronę schodów, prowadzących na dół, przeszłam przez przedpokój do kuchni. Stanęłam w progu i ujrzałam mamę siedzącą przy kuchennej wysepce przy kubku świeżej, czarnej kawy, której woń natychmiast doszła do moich nozdrzy i momentalnie ukoiła wszystkie moje zmysły.
- Dzień dobry - powiedziała mama, nie odrywając wzroku od porannej gazety, którą czytała.
- Hej - odpowiedziałam jej, siadając tuż obok i wzięłam się za konsumowanie kanapki z nutellą.
- Wiesz która godzina?
- Noo - urwałam i wzięłam łyk kawy - Przecież mówiłam ci, że się spóźnię.
- Nie spóźnisz się, jesli podrzucę cię do szkoły, więc rusz się łaskawie i idź po plecak na górę, czekam w samochodzie.
Miło.
- Oh, i Carls - odwróciła się w progu, jakby nagle sobie o czymś przypomniała - Zapomniałam. Dzisiaj odwiedzą nas Alexander z ciotką Debbie. Tak tylko mówię bo pamiętam, że kiedyś byłyście z ich córką w dobrych kontaktach. Dobrze, to tyle. Pośpiesz się.
Odwróciła się na pięcie i wyszła z kuchni, a później usłyszałam tylko trzask zamykanych drzwi.
 Co, kurwa?
 Nie, tylko nie to. Czy ona właśnie powiedziała mi, że dzisiaj, w najgorszy dzień na świecie, który gorszym stać się nie mógł aż do tej chwili, gdyż oznajmiła mi, że odwiedzą nas najbardziej znienawidzeni przez nas ludzie? Siedziałam tak 5 minut, aż usłyszałam odgłos klaksonu dobiegający z zewnątrz. Dopiero teraz spostrzegłam się, że mam otawrtą buzię, bo zaczynało zasychać mi w ustach. Jeszcze raz pokonałam krótką wędrówkę do mojego pokoju, żeby sięgnąć po plecak, założyłam go na plecy, a po chwili siedziałam na tylnim siedzeniu w samochodzie mojej mamy.
 Nadal nie dowierzałam, że to, co powiedziała, może być prawdą. Nie może być, po prostu nie może.
 Nie dziś, nie teraz.

***
- Kochanie, długo tak będziesz siedziała? Zaraz dzwonek na lekcję - moja mama odezwała się, zerkając na mnie przez oparcie fotela.
- Huh? - otrząsnęłam się - Ah, tak, przepraszam. Zamyśliłam się.
Mama uśmiechnęła się pokrzepiająco.
- Powodzenia w szkole i... pozdrów Andy'ego.
 To nie było konieczne.
- Mamo! - jęknęłam, czując się się zakłopotana. Moja mama wie, że mam chłopaka i to jest na prawdę niezręczne.
 Wysiadłam z samochodu, narzucając z powrotem plecak na jedno ramię, nawet nie zauważyłam, kiedy spadł na siedzenie.
- Do zobaczenia. - burknęłam z niesmakiem, spoglądając przez ramię na wysoki, jasno zółty budynek, zwany szkołą. Piekło, a nie szkoła.
- Będę po ciebie o czwartej, więc niech Andy cię nie odwozi, dobra? Wyskoczymy jeszcze na zakupy na obiad, zanim przyjadą...
- Tak, tak. Cokolwiek. - zamknęłam drzwi od auta, zanim mama zaczęłaby czepiać się mojego zachowania. I tak mam dosyć tego wszystkiego, zbyt dużo mam na głowie. Odwróciłam się w kierunku kamiennych schodów, które prowadzą do drzwi wejściowych szkoły, jednak w połowie drogi coś, a raczej ktoś mi przeszkodził. W oczy rzuciły mi się jaskrawo różowe buty. Powędrowałam wzrokiem nieco w górę, przez opalone, długie nogi, krótką spódniczkę i obsiłą luzkę, uwydatniające chyba zbyt za dużo biust, ja na moje oko.
- Cześć, Carls - do moich uszu dbiegł słodki głosik Jessici, której, jak Boga kocham, nienawidzę gorzej niż kapuśniaka na obiad w stołówce, a warto wiedzieć, że smakuje zapewne gorzej niż cokolwiek innego.
- Cześć, Jes. Mogłabyś przenieść swój kawałek wytapetowanej twarzy gdzie indziej? Zasłaniasz mi przejście - uśmiechnęłam się do niej ironicznie, i próbowałam wyminąć, jednak nie dała mi takiej możliwości. - Do cholery, Jessica! Co jest z tob nie tak?
- Ze mną? - spojrzała na mnie z niedowierzaniem z pod swoich długich, sztucznych rzęs a usta ułożyła w dziubek po jednej stronie twarzy. Czułam wzbierającą we mnie radość na myśl, że za chwilę sobie ulżę i przywalę jej w twarz. - Zapewnie to nie ze mną coś nie tak. Albo może ze mną, teraz, bo z tobą rozmawiam. A zatem nie tracę już swojego drogocennego czasu na ciebie, skarbie. Ah, no i rozmawiałam przed chwilą z Andym i kazał cię pozdrowić. - wysłała mi buziaka w powietrzu, uśmiechnęła się jeszcze raz i odeszła, pozostawiając mnie wściekłą i czerwoną ze złości.
 Odkąd zaczęłam spotykać się z Andym, mam na prawdę przerąbane od szkolnej elity, do kórej, oczywiście, należy Jessica i jej przyjaciółki. I Andy. Nigdy nie chciałam się do nich przyłączyć, byłam raczej samotniczką, nie miałam stałych przyjaciół.
 Często wolałam posiedzieć sama, w kącie, słuchając muzyki, niż plotkować o najnowszych pokazach mody, kosmetykach czy o sławnych chłopcach. Kompletnie nie mój świat. Ale wtedy poznałam Andy'ego i wszystko się zmieniło, włącznie z moim statusem. Choć nadal jestem tą samą, pyskatą dziewczyną z odmiennymi poglądami. Nie, według mnie były na prawdę okej, jednak chyba tylko ja pozostawałam przy swoim, bo wszscy inni mnie nie nawidzili właśnie za to.
- Hej, Caroly! - usłyszałam wołanie. Obkręciłam się wokół własnej osi, szukając źródła głosu osoby, która mnie wołała. Kiedy go zlokalizowałam, mimowolnie uśmiechnęłam się sama do siebie i podeszłam do wysokiego murku, przy którym stało kilka osób.
- Andy! - zawołałam z radością, usatysfakcjonowana tym, że znowu go widzę. Moja złość wyparowała chociaż w połowie, kiedy chłopak przywitał mnie pocałunkiem w policzek.
 Momentalnie zarumieniłam się od tego małego gestu, co, chyba skutecznie, próbowałam zakryć włosami.
- Hej, wszystko w porządku? - zapytał zmartwiony, zauważając chyba mój niezbyt dobry nastrój.
 Chyba niezbyt dobrze zamaskowałam swoją złość.
- Uhg, nie wkurzaj mnie - usiadłam obok niego na zimnym, cieglanym murze, uprzednio kładąc na nim bluzę, żeby się nie przeziębić - Ta Jessica to dno na całej linii. I nie, Andy, nie mów mi, że to nie jej wina, że jest taka wredna. Za każdym razem ją bronisz, kiedy poniża mnie i się wywyższa. Ja mam tego dosyć, rozumiesz? Powiedz jej coś, dobrze wiem, że na ciebie leci - spojrzałam na niego błagalnie, ale on tylko cofnął się unosząc ręce do góry.
- Whoa, whoa, whoa! Carls, nie mogę od tak powiedzieć, żeby się odwaliła, okej? To przecież moja przyjaciółka. - oznajmił mi, patrząc na mnie uważnie.
Twoja, kurwa, co?
- Andy - zaczełam spokojnie, jednak wewnątrz mnie aż się gotowało - czy ty myślisz, że będę znosić te jej obelgi w moją stronę, podczas gdy ty nie robisz z tym nic, nawet słowa nie piśniesz... - czułam, jak głos mi się łamał pod wpływem tam raniących mnie słów, których nie chciałam mówić - Mam tego dosyć, rozumiesz? Jesteś moim chłopakiem.
 Andy przyciągnął mnie do siebie, zamykając w ciepłym, pełnym miłości uścisku a ja miałam odczucie, że tylko wtedy mogę poczuć jego wsparcie, którego tak na prawdę nie miałam.
- Carly, spokojnie, porozmawiam z nią, okej? - powiedział, odsuwając mnie troszkę od siebie i patrząc w oczy. Och, jakie on ma piękne, brązowe oczy. Błyszczały jak gwiazdy, albo może jak kasztany, bo był tak ciemne? Chyba chciałam być romantyczna, ale mi nie wyszło. O czym ja w ogóle pieprzę.
- Obiecujesz?
- Obiecuję. - uśmiechnął się, stanął na równe nogi i podniósł mój plecak - Idziemy na lekcję? Przed chwilą był dzwonek.
- Dzwonek! - natychmiastowo stałam przy nim, zakładając swoją granatową bluzę i biorąc od niego plecak - Mama mnie zabije jak się dowie, że się spóźniłam. Chodź.
 Złapałam go za rękę i pociągnęłam, lecz z niechęcią, do drzwi wejściowych miejsca, w którym tak na prawdę pragnęłam, by nie być.

***

 Dzwonek, nareszcie!
W pośpiechu zebrałam swoje rzeczy z ławki i zwinnym ruchem wepchnęłam je do plecaka.
- Do widzenia. - rzuciłam na odchodne profesorowi od matematyki, który nie był chyba zbyt szczęśliwy moim nagłym pośpiechem. On w ogóle mnie nie lubił, nie lubił niczego, co ze mną związane. Nie byłam taka zła z matematyki, no, może poza tymi paroma jedynkami, które jakimś cudem znalzały się u niego w dzienniku.
 Przepychałam się przez szkolny tłum, próbując wydostać się w odizolowane miejsca, w celu wzłapania trochę świeżego powietrza, co uniemożliwiało mi stado spoconych ludzi. Zawsze zastanawiałam się, jak to jest, że kilka osób może spowodować taki tłum. Przerwa trwa 30 minut, uczniów jest zaledie kilkuset, więc co, do cholery, oni robią tu, wszyscy, na tym małym korytarzu? Gdyby gdzieś szli, już dawno by tam dotarli a mi umozliwiliby przejście.
- Carly! - usłyszałam donośne wołanie, z tyłu, stąd, skąd przyszłam. Świetnie, komuś się zachciało mojego towarzystwa akurat w tym momencie.
 Z całej siły, jaką dysponowałam ominęłam kilku, poprawka, kilkuset, uczniów aż wychwyciłam w tłumie bujne, blond w włosy. Sywetka chłopaka od razu rzuciła mi się w oczy, kto by nie rozpoznał kego wysokiego wzrostu. Podeszłam bliżej, wyzwolona już z korku szkolnego i odetchnęłam z ulgą.
- Co tak długo? - zapytała mnie średniego wzrostu szatynka z wielkimi, piwnymi oczami, stojąca obok chłopaka.
- Wiesz, tak jakby próbowałam szybciej, ale jakbyś nie widziała, Sam, na drodzę stało mi 200 osób.
- Uspokój się - bąknęła, opierając się o zieloną, metalową szafkę. Wyciągnęła z kieszeni jeansów paczkę gum, wysunęła listek i wkłożyła go do buzi.
- Więc - zaczęłam - wołałeś mnie, Matt. - zwróciłam się do zielonookiego, który przez chwilę wydawał się zamyślony, lecz potem wrócił do swojego naturalnego kamiennego wyrazu twarzy.
- Tak, em... Carls - zawahał się, spoglądając na Sam, która pokiwała ledwo zauważalnie głową, po czym z powrotem przeniósł na mnie swój wzrok. - Nie wiem, jak ci to powiedzieć. Andy, on... Nie, lepiej nie.
- Matt - ponagliła go Sam, mierząc chłopaka spojrzeniem i zapewne gdyby miała w oczach laser, już dawno wyryła by nim dziurę w jego głowie.
- Nie, Sam! Nie jestem taki.
- Owszem, Ona musi wiedzieć.
 Odchrząknęłam znacząco, przypominając im o swojej obecności.
 Tak, jestem tutaj jeszcze.
- Powiedzie mi w końcu o co chodzi?
- Dowiesz się w swoim czasie - powiedział wymijająco Matt, unikając mojego spojrzenia.
 Co?
- Czego się dowiem? Ukrywacie coś przede mną? O co wam, do cholery, chodzi?
 Wymienili między sobą spojrzenia. Zmarszczyłam brwi skonsternowana.
- Po prostu uważaj na niego, okej?      
- Na kogo?
- Na Andy'ego!
 Wzięłam dwa głębokie wdechy i odchyliłam głowę do tyłu w celu uspokojnia się.
- Znowu zaczynacie? Wiem, że go nie lubicie, ale dajcie mu szansę.
- Żeby nie było - mruknęła pod nosem Sam, co nie uszło mojej uwadze, ale dałam jej już spokój. Nie chcę wywoływać niepotrzebnych kłótni. Kłótni, które są zazwyczaj wywoływane przez Andy'ego. 
 Sam i Matt, jedyni ludze, z którymi można było porozmawiać nie przepadali za moim chłopakiem. Może to przez zazdrość, Andy był od nich o drobinę wyżej na szczeblu popularności. Nie, on był na samym jego szczycie. I mimo, że na prawdę ceniłam sobie ich wsparcie i pomoc, to nie za bardzo liczyłam się z ich słowami.
- Idę coś zjeść. Idziecie? - zapytałam po chwili, patrząc na nich uważnie. Próbowałam choć trochę zminimalizować napięcie, wytworzone między nami.
- Nie, dzięki. Nie jesteśmy głodni, prawda, Matt?
 Ałć?
 Nie zabrzmiało to zbyt przekonująco, tym bardziej, że powiedziała ''Nie jesteśmy'' nie pytając Matta o zdanie. Widać, że nie chcą przebywać w moim towarzystwie. A może przewidzieli, że usiądę z Andym? Z ich dwojga to właśnie Sam nie ubi go najbardziej.
- Wybacz, Carls. następnym razem - uśmiechnął się przepraszająco Matt. Od razu odwzajemniłam ten gest po czym odwróciłam się i zniknełam im z pola widzenia w tłumie uczniów.
 Kierunek, stołówka!

***

- Nie kłóć się ze mną, dziecko.
- Jestem wegetarianką, nie jem mięsa, rozumie to pani?
 Od kilku minut starałam się wytłumaczyć szkolnej kucharce, że jestem wegetarianką, ale ona chyba tego nie rozumie. Od dziecka nie jadałam mięsa i teraz też nie zamierzałam, a na samą myśl, że stoi za mną, w kolejce, tłum głodnych uczniów a ja zagradzam im drogę, mam ochotę zapaść się pod ziemię. Niech ta baba da mi po prostu same ziemniaki!
- Dobrze, w takim razie wezmę tylko mleko. - westchnęłam zirytowana i odstawiłam tacę z jedzeniem na blat. Sięgnęłam mleko i wkurzona odeszłam szukać wolnego stolika. Rozejrzałam się po stołówce, zapchanej setką uczniów siedzących przy dużych, okrągłych stolikach na małych, barowych krzesełkach.
 Moja szkoła z całą pewnością mogłaby zaliczać się do jednej z tych typowych, amerykańskich szkół z serali. Każdy stolik do kogoś należał, niemniej do kogoś, a do jakeijś grupy. Szkolne kółko szachistów, kujoni, ładne dziewczyny, artyści, metalowcy, chłopcy ze szkolnej drużyny, cheerleaderki... Tylko dla mnie nie było miejsca, bo nie zaliczałam się do żadnej z powyższych.
- Hej, Carls, co ru robisz? Andy cię szuka.
- Co? - spojrzałam na chlopaka stojącego przede mną i bacznie mi się przyglądającego. - Danny - Uśmiechnęłam się do niego przyjaźnie. - przepraszam, nie słuchałam cię. Co mówiłeś?
- Andy cię szuka. Siedzi tam. - wskazał ponad moim ramieniem stolik przy którym rzeczywiście siedział Andy. I Jessica.
- Dzięki. A ty gdzie idziesz?
- Do toalety.
- Mhm, to cześć.
 Minęłam czarnoskórego chłopaka i skierowałam się w stronę przed chwilą przez niego wskazaną. Wbrew pozorom Danny jako jedyny z elity nie wyrzucił mnie jeszcze na straty. Można powiedzieć, że dogadujemy się ze sobą. Jest na prawdę sympatyczny zważając na to, że jest najlepszym przyajcielem Andy'ego.
- Carly, siadaj. Tutaj jest wolne. - Andy poklepał miejsce obok siebie i Jessici, która z furią w oczach wpatrywała się w swój talerz. Chyba nie za bardo odpowiadało jej moje towarzystwo. - Jessica nie ma nic przeciwko, prawda? - zwrócił się w stronę blondyki.
- Oczywiście - wycedziła przez zęby, ciskając we mnie piorunami i jestem pewna, że gdyby spojrzenia mogły zabijać była bym martwa.
 Och.
 Z trudem przełknęłam ślinę, podeszłam bliżej i usiadłam pomiędzy Andym a Jessicą. Niemal czułam na sobie jej parzące spojrzenie.
- Co nic nie jesz? - zapytała mnie Victoria, przyjaciółka Jessici.
- Jestem wegetarianką, a kucharka nie chciała mi dać obiadu bez mięsa, więc wzięłam mleko. - powiedziałam nieśmiało - Ale i tak nie jestem głodna - dodałam szybko. Zdążyłam zauważyć jak osoby siedzące przy naszym stoliku zdążyły wymienić porozumiewawcze spojrzenia, zanim z powrotem zabrały się do konsumowania swojego posiłku. Kątem oka dostrzegłam, jak Jessica uśmieche się zalotnie do Andy'ego tuż pod moim nosem.
 Próbując udawać niewzruszoną, wzięłam łyka mleka i wyjęłam telefon z kieszeni jeansów. Podłączyłam słuchawki i już po chwili wypłynęłi z nich nuty Nirvany, totalnie zagłuszające rzeczywistość wokół mnie, włącznie z Jessicą, Andym, tym całym gównem związanym z Mattem i Sam oraz szkołą. Starałam się zapomnieć też o tym, co czeka mnie po powrocie do domu.
 Zapowiada się fajny dzień.


___________
No i jest 1 rozdział. Jak wam się podoba? Moim zdaniem jest taki sobie, miałam go dodać wczoraj, ale miałam mnóstwo do poprawienia dlatego jest dopiero dzisiaj. Ogólnie jest krótki, i miał być jeszcze krótszy ale w końcu jest taki jaki jest. Następny będzie dłuższy, to na pewno.
Napiszcie mi co myślicie, czy może być, co mogę zmienić, czy są jakieś błędy, jak mówiłam (właściwie to pisałam) nigdy nie pisałam opowiadań, więc konstruktywna opinia z waszej strony była by na prawdę pomocna.
Nastepny rozdział pojawi się w niedzielę bądź w poniedziałek.
Dziekuję za uwagę :) xx

niedziela, 17 listopada 2013

Prolog

- Kocham cię.
- Ja ciebie też - powiedział cicho, całując czubek mojej głowy i przyciskając mocniej do swojej piersi. - Najmocniej na świecie.
 Mogłabym przysiąc, że w tym momencie nie myślałam o niczym innym tylko o tym, jak bardzo go kocham i boje się, że już nigdy więcej mu tego nie powiem. Godzę się z rzeczywistością i znam prawdę, która boli. Boli jak tysiące noży wbite w serce, dziurawiąc je i zostawiając obolałe, zdane tylko na siebie, bo osoba, która podtrzymuje je przy życiu jest daleko od niego. 
 Chciałabym przestać o tym myśleć, przestać myśleć o tym, że nadejdzie taki dzień, taka pora roku, kiedy rzeczywiście zostanę sama. Bez niego, bez mojego ukochanego.
- Nie chcę, żebyś wyjeżdżał - mruknęłam, mocno przyciskając twarz do jego szarej bluzy, raz po raz mocząc ją moimi słonymi łzami i zostawiając na niej plamy wielkości grochu, co, na szczęście, w tej chwili oboje nas nie obchodziło.
- Ja też nie chcę.
Jeszcze chwila i wybuchnę tu wodospadem łez.
- Ale musisz - westchnęłam.
- Muszę - przyznał.
 Nie.
 Usłyszałam ciche wibracje, wydobywające się z kieszeni chłopaka. Odsunęłam się od niego niechętnie i rękawami szarego swetra wytarłam resztki wyschniętych łez, samotnie spoczywających na moich policzkach. Tak samo samotnych jak moje serce przez kilka przyszłych miesięcy.
- Więc - odchrząknął znacząco, odrywając wzrok od ekranu telefonu i kierując go w moją stronę - Carly..
- Niall.. - powiedzieliśmy w tym samym momencie, po chwili parskając śmiechem w, moim zdaniem, nie najlepszej do tego sytuacji, co jeszcze bardziej nas rozbawiło. Po chwili jednak spoważniał.
- Chciałbym... - zawahał się - chciałbym, żebyś to nosiła. - wyciągnął z kieszeni jakiś przedmiot, nie byłam w stanie dostrzec co to takiego, ale nie musiałam się długo namyśleć, żeby odgadnąć, co trzyma w dłoni. - Pomyślałem, że kiedy spojrzysz na to, to... przypomnę ci się. Kiedyś.
 Uśmiechnął się tym swoim pięknym, chłopięcym uśmiechem, który, w niektórych momentach, jest w stanie zwalić mnie z nóg. Może to ostatni raz, kiedy go widzę?
- Daj rękę - polecił, a ja wykonałam jego prośbę, wyciągając rękę w jego stronę, by po chwili mogła zwisać na niej piękna, srebrno- czerwona bransoletka z wygrawerowanymi na niej symbolami. Turkawki.
- Pamiętałeś - uśmiechnęłam się, a w moich oczach ponownie wezbrały się łzy, choć, tym razem, nie bólu, a wzruszenia. - Obiecaj mi coś.
- Cokolwiek. - odpowiedział natychmiast.
 Wzięłam głęboki oddech, złapałam go za rękę i spojrzałam głęboko w oczy. Przełknęłam tworzącą się w moim gardle gulę, uniemożliwiającą mi powiedzenie czegokolwiek. 
- Wrócisz.
- Wrócę.
Ale czy na pewno?
- Obiecujesz?
- Obiecuję.
Przyciągnął mnie do siebie i, obejmując jedną ręką w pasie, a drugą odgarniając zabłąkane kosmyki moich włosów z twarzy, z czułością musnął moje wargi swoimi. Poczułam iskry, tworzące się między nami i przepływające przez moje ciało za każdym razem, kiedy tylko miałam styczność z jego ciałem. Kolejne sekundy mijały, a z każdą przypływającą mój umysł błądził daleko po falach wyobraźni. Nie chciałam przerywać tej chwili, tego pocałunku.
 Być może ostatniego pocałunku.
 Chciałam, by ta chwila trwała wiecznie, chciałam trwać wiecznie, z Niallem u boku. Niestety odsunął nas od siebie i jeszcze raz spojrzał głęboko w moje oczy.
- Kocham cię.
Już niedługo.
- Nidgy cię nie zapomnę.
Owszem, zapomnisz.
- Wrócę.
Nie wrócisz.
-Obiecuję.
 Pogładził mnie delikatnie po policzku, a później widziałam go już tylko znikającego za rogiem łazienki, ciągnącego za sobą dużą, granatową walizkę. Ostatni szczegół, który utrwalił się, właściwie niepotrzebnie, w mojej pamięci, a którego nigdy nie zapomnę, bo jest ostatnim wspomnieniem, które mi po nim pozostało. 
 Z ciężkim oddechem i mocnym biciem serca, osunęłam się po ścianie ukrywając twarz w dłoniach by po chwili stłumiły one mój cichy szloch który zawładnął całym moim ciałem. Zawładnął nim tak mocno, że zaczęłam się niekontrolowanie trząść i krzyczeć, byle by zagłuszyć ból, który w tym momencie rozrywał moje ciało na strzępy i rzucał go w gorące płomienie, a ja, ciągle żywa, była świadkiem tego całego przedstawienia, tak jakby Bóg chciał ukarać mnie za wszystkie grzechy, które popełniłam w ciągu całego swojego życia. Straciłam właśnie osobę, której zaufałam, na której mi zależało, i która była dla mnie ważna jak nikt inny. Nie, on nie był dla mnie ważny. On jest  i będzie. Będzie, bo obiecał, że wróci. Obiecał.
 Kogo ja oszukuję?


___________

Soł,
witajcie w nowym opowiadaniu, fanfiction, sorry, pisanym przeze mnie. Nie jest to żadne tłumaczenie, tylko oryginalne opowiadanie mojego autorstwa, powtarzam tak tylko dla zrozumienia. Głównym bohaterem jest Niall, jak możecie się domyśleć oczywiście po prologu. I dla wstępnych pytań, jakby jakieś były, to Niall jest sławny i istnieje One Direction.
Rozdziały będą dodawane w zależności od mojej weny, no, dla przybliżenia to raz w tygodniu, może nawet dwa razy jak będę miała czas, jednak zwykle będę zapowiadała, kiedy pojawi się następny rozdział w notkach pod rozdziałami, więc keep calm.
Za błędy przepraszam, pierwszy raz piszę opowiadanie.
Komentarze będą dla mnie motywacją, więc jeżeli czytacie, to proszę chociaż o krótki komentarz co sądzicie, bo nie wiem, czy mam w ogóle dla kogoś to pisać. No i czy w ogóle powinnam pisać.
Dziękuję za uwagę :)